Dziś rano przyłapałem się na czymś, co robię od lat. Zamiast zająć się jedzeniem, zacząłem czytać o nowej książce Lyle’a McDonalda o przerywanym poście białkowym. Dwa typy dni, wzorce, kalkulator, prawie 300 stron. Brzmiało jak rozwiązanie.
A potem uczciwie przyznałem: nie brakuje mi metody. Brakuje mi zrobienia najprostszej rzeczy, którą każda metoda zakłada na starcie. Szukałem błyszczącego bodźca, żeby nie musieć zrobić czegoś nudnego.
Jak jest naprawdę
Ten rok to seria podejść do jedzenia i seria niepowodzeń. Były eksperymenty, było odbicie, a teraz jest jojo, które zaczyna mnie przerastać. Rośnie mi tylko brzuch.
Na początku października zrobiłem sobie wyzwanie: zero piw bezalkoholowych i zero chipsów. Wytrzymałem 20 dni. Teraz wieczór wygląda tak: paczka chipsów i kilka zerówek do kolacji. W ciągu dnia jest lepiej, ale coraz częściej dopycham się słodyczami. Wczoraj poszła cała paczka żelków. Do tego gazowane napoje zero przez cały dzień.
Nie domykam białka. Jestem pewnie w sporej nadwyżce. Kupiłem air fryera i stoi nieużywany. Plan posiłków mam wpisany na listę zadań od lat i nigdy go nie zrobiłem.
Przyczyny nie są tajemnicą. Znam je wszystkie.
Czego nauczył mnie trening
Z treningiem siłowym przerabiałem to samo. Starting Strength Rippetoe’a czytałem w oryginale jeszcze zimą, a i tak skręcałem w niepotrzebne kierunki. Dopiero kiedy powiedziałem sobie „robię to, co jest napisane, i nie kombinuję”, zaczęło działać.
To nie zadziałało dzięki dyscyplinie. Zadziałało, bo zniknęły decyzje. W poniedziałek wiem, co robię. Nie wymyślam, nie negocjuję ze sobą o 6:30 rano. Po prostu idę i robię.
Z jedzeniem codziennie podejmuję kilkanaście decyzji. Każda jest okazją, żeby wybrać gorzej, zwłaszcza wieczorem, kiedy jestem zmęczony.
Dwie rzeczy zrozumiałem dopiero dziś:
- Wieczorne chipsy z zerówką to rytuał, nie głód. To nagroda za dzień i sposób, żeby się wyłączyć. Rytuału nie da się po prostu zakazać. Trzeba go czymś zastąpić.
- Żelki po południu to w dużej mierze fizjologia. Jeśli do 16:00 zjem za mało białka, to wieczorny „brak silnej woli” jest przewidywalny. Białko syci najmocniej i trzyma głód w ryzach.
Starting Strength dla jedzenia
Książka Lyle’a pewnie jest dobra. Ale przy sześciu treningach w tygodniu i progresji liniowej na sztandze nie potrzebuję dni na samym białku. Potrzebuję umiarkowanego deficytu, dużo białka i jednego planu na dłużej. Bez zmiany metody przez 8–12 tygodni.
Plan ma być nudny, tak jak nudne są przysiady trzy razy w tygodniu:
- Dwa stałe śniadania i dwa–trzy stałe obiady na zmianę. Zawsze te same.
- Jedna domyślna kolacja z air fryera. Kurczak albo ryba, do tego ziemniaki albo warzywa. Robię ją zawsze, kiedy nie mam pomysłu, czyli prawie zawsze.
- Zaplanowana wieczorna przekąska zamiast chipsów. Na start białkowe chrupki. Rytuał zostaje, zmienia się to, co jest w misce. Kiedy przekąska jest w planie, przestaje być porażką.
- Jedna lista zakupów, za każdym razem ta sama.
Pierwszy miesiąc traktuję tak jak pierwszy miesiąc Starting Strength: lekko, na naukę nawyku, bez optymalizacji. Sukces mierzę nie wagą z dnia na dzień, tylko tym, czy jem to, co zaplanowałem. Wagę i obwód w pasie sprawdzam jako średnią tygodniową.
Dałem sobie czas do poniedziałku. Wiem, że „od poniedziałku” to też trochę błyszczący bodziec. Dlatego jeszcze w weekend robię zakupy pod ten plan, żeby w poniedziałek nie startować od zera, tylko kontynuować.
Proste zasady zamiast skomplikowanych planów
To jest sedno True Grit Fit, a sam go dziś złamałem. Facet po czterdziestce nie potrzebuje kolejnej książki, żeby zjeść kurczaka z air fryera zamiast chipsów. Potrzebuje mniej decyzji i trochę spokoju dla siebie, kiedy coś nie wyjdzie.
Nie będę udawał, że od poniedziałku wszystko się zmieni. Będę tu pisał, jak idzie. Także wtedy, kiedy nie pójdzie.